Bałkański Kocioł 2007

Zobacz galerię w portalu Interia

Dzień 1

Wyruszamy z Krakowa, zgodnie z planem, o godzinie 20:00. Niekoniecznie zgodnie z nim, o godzinie 4:00, jesteśmy w z powrotem w Krakowie. Powodem jest poważna awaria jednego z samochodów. Land Rover wraca na holu. Koszmarna mgła i mżawka. To się każdemu zdarzyć może. Nie poddajemy się. Choć graniczy to z cudem, udaje nam się w ciągu kilku godzin, usunąć usterkę. Dziękujemy Ci Heniu! Jesteś magikiem! Zmęczeni, ale szczęśliwi, o 21:00 wracamy do gry i kierujemy się na południe.

Dzień 2

Poranek witamy już w Serbii. Podróż przebiega bez żadnych niespodzianek. Zaskakująca jest ilość patroli policji. Wskazówka dla wybierających się w tę stronę Europy. Jeśli widzisz ograniczenie prędkości - zwolnij. Prawdopodobieństwo bliskiego spotkania z drogówką, wynosi 50%. Wyjazd z Serbii nie jest tak łatwy, jak sądziliśmy. Pogranicznik, widząc nasze ubiory, samochody i ekwipunek, bierze nas za instruktorów - najemników. Dopiero po długich wyjaśnieniach, konsultacjach telefonicznych i wręczeniu gadżetów ExtremEvents, opuszczamy Serbię. Bośniacy witają nas bardzo życzliwie. Śniadanio - obiad jemy na przepięknej leśnej polanie w górach koło miejscowości Pogled. Późnym popołudniem, zmęczeni, niewyspani (niektórzy z nas spali w sumie 7 godzin przez trzy doby), docieramy do Sarajewa. O samym mieście opowiemy Wam w obszernej relacji z Wyprawy. Szybki rekonesans, miejscowe specjały kulinarne i upragniony odpoczynek. Jedynie Kuba, nie może zasnąć. A gdy zmorzył go sen, śni o sarajewskich dziewczętach. Nie wiemy, czy zechce jechać dalej.

Dzień 3

Wczesnym rankiem wyruszamy w góry, kierując się w stronę Mostaru. Wreszcie zjeżdżamy z asfaltu! Zmierzamy ku Jezioru Boracko i przystani na rzece Neretva, gdzie chcemy skorzystać z rafftingu. Niestety niski stan wody nie pozwala nam na kolejną przygodę. Niepowodzenie rekompensują nam wspaniałe widoki i górskie szlaki w drodze do Mostaru. Do miasta docieramy wieczorem. Tu na każdym kroku czuje się magię. Wąskie uliczki Starówki i Stari Most, jak zwykle budzą niezwykłe emocje. Za każdym razem odkrywamy coś nowego. Tym razem jest to urokliwa knajpka, z przepyszną kuchnią i urokliwym widokiem na całe stare miasto. Chyba po raz ostatni śpimy w pensjonacie. Rano wyruszamy do Chorwacji.

Dzień 4

Poranek wita nas słonecznie. A to dopiero przedsmak tego, co gotuje nam aura tego dnia. 16 października temperatura powietrza, w południe, osiąga 28 stopni Celsjusza! Asfaltem jedziemy do miejscowości Blagaj. Tam zwiedzamy Dom Derwiszów i oglądamy jedno z najbardziej _wydajnych_ źródeł w Europie. Szkoda, że jest po sezonie, bo chętnie wpłynęlibyśmy łodzią do jaskini i ponurkowali w krystalicznie czystej wodzie. Jedziemy dalej, by zobaczyć Pocitelj, Kolejnym punktem programu są wodospady Kravica gdzie kociołkujemy i przebieramy się w letnie ubiory. Zaczyna być naprawdę ciepło. Spotykamy grupę Marsjan, a może były to turystki z Wysp_ Mijamy rezerwat Hutovo Blato i górami próbujemy dostać się na wybrzeże dalmatyńskie. Księżycowy krajobraz zapierające dech widoki, opuszczone wsie i zaminowane pola, kilkuset metrowe przepaści. Jednak żyją tu ludzie i udaje im się wyrwać naturze skrawki ziemi. Ku naszemu zdumieniu odkryliśmy boisko piłkarskie pośród skał oddalone o 5 km od najbliższej osady. Widać, że ktoś o nie dba, choć wydaje się niemożliwym dotrzeć tam bez sprzętu alpinistycznego. Krętą górską drogą, której nie ma na żadnej z map, niespodziewanie docieramy pod budkę ze szlabanem, która okazuje się przejściem granicznym pomiędzy Bośnią i Chorwacją. Niestety nie dla nas_ Pomimo próby _skorumpowania_ policjanta, musimy zawrócić. Przejście obsługuje tylko ruch lokalny. Zawracamy i od sympatycznych tubylców, dowiadujemy się, że najbliższe przejście graniczne znajduje się 40 kilometrów od osady, do której dotarliśmy. Jest już późno. Decydujemy się na nocleg w górach.

Dzień 5

Po porannej kawie, ruszamy do Dubrownika. W trybie ekspresowym zwiedzamy to niezwykłe miasto. Jacek, zostaje w porcie. Gips na nodze nie pozwala mu biegać po dubrovnickich murach. Jednak nie zostaje sam. Towarzyszą mu dwie smukłe laski, zwane także kulami. Z Chorwacji jedziemy do Czarnogóry. Boka Kotorska, jak zwykle, rzuca na kolana. W Kotorze skręcamy w góry. Jedziemy do Budvy przez Cetinje, po raz kolejny niekończącymi się serpentynami. Po drodze zatrzymujemy się w malutkiej, przydomowej gospodzie. Jesteśmy podobno pierwszymi klientami od trzech tygodni. Delektujemy się miejscowymi specjałami: wędzoną szynką i serem. Śpimy na plaży pod Budvą. Pozwalamy sobie na odrobinę szaleństwa. Poznajemy serbską rodzinę i w trakcie naprędce zaimprowizowanego karaoke, uczymy ich polskich przebojów. Zapraszamy rybaków na zupę gulaszową z Bałkańskiego Kociołka. W zamian otrzymujemy _prawie żywe_ węgorze, które niezwłocznie przygotowujemy i smażymy na ognisku. Są pyszne.

Dzień 6

Kolejny upalny poranek. Bolą nas głowy. To pewnie z powodu słońca. Szybko zwijamy obóz _pod palmą_ i ruszamy w drogę nad Jezioro Szkodarskie. W drodze zatrzymuje nas na sporą chwilę potężny korek, spowodowany wypadkiem ciężarówki. Opóźnienie jest tak duże, iż zmuszeni jesteśmy spać w Virpazar. Jest bardzo zimno. Zabójcze są te różnice temperatur pomiędzy dniem i nocą. Decydujemy się zatem na nocleg w kwaterach.

Dzień 7

Rano wyruszamy do Albanii. Znowu góry i kręte bezdroża. W dole przepiękna panorama Jeziora Szkoderskiego. Docieramy do Szkodry. Pierwsze wrażenie z pobytu w Albanii jest oszałamiające. Bieda, wszechobecne śmieci i smród, żebrzące dzieci obok nowoczesnych budynków, drogich sklepów i samochodów. Albania niewątpliwie może być ochrzczona _Krainą Mercedesów_. Co drugie auto na ulicy reprezentuję tę markę. Przegląd wszystkich modeli tych samochodów z ostatnich 30 lat. Przez Lezhe docieramy do Kruji, dawnej stolicy Albanii. Ruszamy w góry. Fantastyczna przejażdżka po za szlakami, w kierunku Rezerwatu Qafe e Shtames.. Noc witamy w górach. Kawa i piwo w malutkiej górskiej osadzie. Niezwykle sympatyczni ludzie. Wręczamy drobne upominki i jedziemy do Durres. Tu zaskoczenie. Miasto jest bardzo europejskie. Blichtr i komercja. Szybko więc uciekamy i szukamy noclegu gdzieś dalej.

Dzień 8

Następny dzień wita nas pogodą odmienną od tej do której zdążyliśmy przywyknąć. Zaczęło padać, mgła i chmury przysłoniły piękne widoki. Mimo to ruszamy górskimi drogami do stolicy kraju. Po drodze ludzie patrzą na nas jak na przybyszów z innej planety. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy dla nich tek samo egzotyczni jak oni dla nas. Kuba rozdaje autografy. Zatrzymujemy się na wiejskim jarmarku, chcemy jeszcze lepiej poczuć tę egzotykę i rzeczywiście - czujemy, a to, co widzimy, w połączeniu z zapachem, powoduje mdłości. Miejscowy masarz zabija na targu barany, rozbiera je i rozpłatane części oferuje chętnym. Zapachy są szokujące, a mamy koniec października, zatem co tu się dzieje w środku lata?

Pniemy się pięknymi górskimi drogami w stronę Tirany. Drogi są w fatalnym stanie. Na górskiej drodze spotykamy konwój wojskowych ciężarówek. Zastanawiamy się czy to dzieje się naprawdę, czy znaleźliśmy się na planie jakiegoś nisko budżetowego filmu wojennego? Większość ciężarówek jest zapewne starsza od nas o kilkanaście lat. Próbujemy zrobić zdjęcia, jednak zostajemy skarceni. Zakaz fotografowania. Co wiozą te ciężarówki? Gdzie jadą? To pozostanie tajemnicą tej archaicznej armii.

Przedmieścia stolicy rozczarowują, błoto, śmieci, chaos placu budowy. Mamy nadzieję, że centrum zrekompensuje nam to niezbyt dobre pierwsze wrażenie. Niestety, Tirana nie dorównuje pod względem estetyki zabudowy, portowemu miastu Durres. Stare budynki zostały zburzone a na ich miejsce powstały _nowoczesne_. Na głównym placu miasta ocalał jedynie meczet, wieża zegarowa i kilka socrealistycznych budowli. Pijemy kawę, bez której nasi towarzysze wyprawy nie mogą przeżyć dłużej niż 3 godziny i ruszamy w stronę Szkodry, gdzie planujemy nocleg. Odnajdujemy tu ulicę Jana Pawła II. Szkodra jest bastionem albańskiego katolicyzmu.

Dzień 9

Ze Szkodry wyjeżdżamy rankiem droga do Hani At Hoti (przejście graniczne pomiędzy Albanią a Czarnogórą), usłana jest dziurami wielkości leja po niewielkiej bombie. Myślę, że zwykłymi osobówkami nie odważylibyśmy się nią przejechać. Widok wszechobecnych bunkrów towarzyszy nam do samej granicy. Wjeżdżamy do Czarnogóry. Nasz szlak wiedzie do Durmitoru. Przejeżdżamy przez Podgoricę i jedziemy do Niksica. Tam wracamy na górskie, trudno dostępne szlaki. Pogoda diametralnie zmieniła się od naszego _ostatniego_ pobytu w tym kraju. Temperatura spadła do kilku stopni, wieje zimny silny wiatr, ale nas to nie zraża. Pniemy się w górę. Naszym celem jest most na Tarze i Żablijak. Rozpościera się przed nami widok Durmitoru. Góry są białe, a z nieba zaczyna padać śnieg. Robimy obiad w kociołku. Gorąca grochówka i zimna wódka poprawiają nam nastroje. Pędzimy, aby przed zmrokiem zobaczyć Tarę i zakwaterować się w Żablijaku. Po godzinnej jeździe docieramy nad kanion rzeki Tary. Przed nami niesamowity widok mostu, który łączy dwa brzegi najgłębszego europejskiego kanionu. Kilka zdjęć i jedziemy do Żablijaka. W zakładzie fryzjerskim (!) znajdujemy Internet i słuchamy relacji z Derbów Krakowa. Noc spędzamy u niezwykle gościnnych górali. Wieczorem bawimy się w kiperów i testujemy różne rodzaje śliwowicy. Pycha.

Dzień 10

Wczesna pobudka. Za oknem śnieg i minusowa temperatura. Żegnamy się z gospodarzami i ruszamy droga przez Durmitor w stronę Bośni i Hercegowiny. Obraliśmy krótszą, choć trudniejszą trasę, przez przełącz na wysokości blisko 2000 metrów n.p.m. Na drodze szerokości jednego auta, _szklanka_. Po lewej, kilkudziesięciometrowa przepaść. Żadnych barierek. Włączamy reduktory i w żółwim tempie, przy akompaniamencie wycia mroźnego wiatru, pniemy się w górę. Widoki są niesamowite. To tak jakby przez Giewont, poprowadzić drogę. Szkoda tylko, że chmury spowiły szczyty. Po dwóch godzinach jazdy, zjeżdżamy w dół, a naszym oczom ukazuje się zalew Pivski. Sztuczne jezioro zamknięte 90 metrową tamą. Zjazd jest ekscytujący, raz za razem zatrzymujemy się, by popatrzeć w dół, na wody Pivy. Warto było tu przyjechać.

Dojeżdżamy na granicę z Bośnia i Hercegowiną. Wzbudzamy sensację wśród znudzonych żołnierzy. Kierujemy się do Sarajewa, gdzie chcemy spełnić nasz obywatelski obowiązek i oddać swe głosy w polskiej Ambasadzie. Telefonicznie łączymy się z pracownikami placówki, aby upewnić się, że nasze nazwiska, przesłane wcześniej mailem, znajdują się w spisie wyborców. Są, pośród 160 uprawnionych do głosowania na terenie Bośni i Hercegowiny. Większość stanowią żołnierze z sarajewskiego kontyngentu. Mocniej naciskamy na pedały gazu i po 1,5 godzinie meldujemy się w Ambasadzie.

Jeszcze tylko szybki obiad, zakup prezentów dla bliskich i wyruszamy w powrotna drogę do Polski, nasłuchując wieści wyborczych. Do Krakowa docieramy w poniedziałek około 11.00. Czekają na nas bliscy, za którymi bardzo się, przez te prawie dwa tygodnie, stęskniliśmy. Dziękujemy Wam za cierpliwość i wsparcie!

Teraz tęsknić będziemy za Bałkanami. Ale pewnie niedługo. Już w styczniu planujemy wyprawy, na skutery śnieżne i narty, do Czarnogóry i Rumunii.

Drodzy Czytelnicy, dziękujemy, że byliście z nami!

ExtremEvents Team

Copyright ExtremEvents.pl

made by Indexo