Rumunia 2008

"Rumuńska mozaika, czyli w poszukiwaniu pełnej palety barw"

W maju 2008 roku odbyliśmy wyprawę przez Maramuresz, Bukowinę i Transylwanię w poszukiwaniu ciekawych tras, lokalnego folkloru, obyczajów i osławionej rumuńskiej gościnności. Zmagaliśmy się z trudnym terenem, podziwialiśmy piękno dzikiej wciąż przyrody, odwiedziliśmy z darami Polaków żyjących na Bukowinie, podążaliśmy śladami strasznego Vlada Palownika (vel Drakuli).

Nasza majowa wyprawa rumuńskimi bezdrożami zaczęła się tak naprawdę dopiero w Baia Mare. Wcześniej przejechaliśmy przez Słowację i Węgry sprawnie i szybko, głównymi drogami, z jednym, ale za to jakże uroczym noclegiem w Tokaju.

Od Baia Mare kierowaliśmy się na północ, w stronę Gór Igniş. A celem tego odcinka podróży miał być wesoły cmentarz w Săpânţy. Początkowo nawet nieprzetarte leśne trakty, ścieżki biegnące wzdłuż strumieni i rzek górskich, ani rozległe leśne polany nie wskazywały na jakiekolwiek problemy z osiągnięciem tego celu. Przyszedł jednak moment, kiedy droga skończyła się, a naszym oczom ukazała się płynąca w dole rzeka z małym mostkiem i opadająca bardzo stromo ku rzece skarpa. W ruch poszły wyciągarki i liny zabezpieczające. Saperki i łopaty próbowały uczynić skarpę bardziej przyjazną. Silniki chodziły na wysokich obrotach, wyciągarki piszczały, a auta toczyły się wolniutko, niemal pionowo w dół.

Jechaliśmy dalej wątłą i mocno zniszczoną ścieżką wzdłuż rzeki. Szybko okazało się, że droga spadała właśnie stromo wprost do jej rwącego nurtu. Auta po kolei, przy asekuracji lin i pasów schodziły prawie pionowo do rzeki. Następnie po karkołomnej przejażdżce nurtem rzeki, skacząc i ślizgając się po mocno nierównym dnie, również prawie pionowo wspinały się z powrotem na drogę. Wzbijane na metry w górę bryzgi wody, smród palonych hamulców i przegrzanych silników towarzyszyły tej wyprawie na równi z coraz głębszą ciemnością, jaka nas otaczała. Powalonych drzew, które stawały nam na drodze nie traktowaliśmy już, po takiej zaprawie, w kategorii "poważny problem", a raczej "drobna niedogodność".

I gdyby nie 15-metrowa (na oko i w ciemności licząc) przepaść, jaka się przed nami otworzyła w miejsce drogi, która przecież powinna tam być, a jej nie było, pewnie lada chwila bylibyśmy u celu. Licząc na to, że w dziennym świetle wszystkie koty (i nie tylko one) wydają się mniej czarne, postanowiliśmy spędzić noc na tym krótkim ocalałym odcinku drogi, na którym właśnie staliśmy. Do dyspozycji były miejsca noclegowe w samochodach i mała drewniana wiata na pobliskim wysoko wzniesionym brzegu rzeki.

Rano obudziliśmy się pełni energii do działania i trochę połamani po nocy spędzonej na siedząco. Mimo bardzo wczesnej pory, ku naszemu sporemu zdziwieniu, na tej leśnej dróżce nie byliśmy zupełnie sami. Przywitał nas Peter - tubylec spacerujący z plecaczkiem i kijaszkiem w środku lasu. A ponieważ w świetle dnia wszystko faktycznie wyglądało bardziej optymistycznie, to pełni porannej energii i bogatsi o doświadczenia nocne bardzo sprawnie pokonaliśmy zarówno rzekę, jak i bardzo stromy podjazd. Spotkany bladym świtem tubylec ochoczo włączył się w nasze zmagania. Korzystając z jego rad przejechaliśmy przez las, przez piękną, ogromną łąkę z samotnym krzyżem pośrodku, pokonaliśmy grząski teren po wyrębie lasu i wreszcie naszym oczom ukazały się pierwsze od 24 godzin zabudowania. Byliśmy w Săpânţy.

Wesoły cmentarz zaskoczył i zadziwił nas niesłychanie. Miejsce ludzkiego spoczynku wyglądające jak swoiste wesołe miasteczko. To było niesłychane przeżycie w kategorii rzeczy dziwnych, natomiast w kategorii rzeczy urokliwych i zapierających dech w piersi czekało nas jeszcze w Maramureszu wiele. Dalej droga miała nas zawieść na Bukowinę, do zamieszkałych przez naszych rodaków polskich wsi. Po drodze mieliśmy jeszcze wiele niesłychanie interesujących rzeczy do zobaczenia. Dzień zakończyliśmy w Bârsanie, a obudziliśmy się rano z postanowieniem, że dzień następny zakończymy w Domu Polskim w Nowym Sołońcu, do którego wieliśmy transport polskich książek dla polskich dzieciaków.

Jadąc doliną Izy mijaliśmy całe wioski wyglądające jak przepięknie zachowane skanseny, zachwycające drewniane cerkwie z wieżami strzelającymi wysoko w niebo (Rozavlea, Bogdan Vodă), a wszędzie spotykaliśmy ludzi ubranych w ciekawe stroje ludowe. Wjeżdżaliśmy do Mołdawii, na Bukowinę pełną średniowiecznych klasztorów o zewnętrznych ścianach pokrytych nieprzerwanie od stuleci fascynującymi freskami. To na Rumuńskiej Bukowinie od ponad dwustu lat żyją nasi, mówiący archaiczną polszczyzną, rodacy. Od Bukowiny dzieliła nas tylko przełęcz Przysłop. W takich właśnie okolicznościach doszło do bardzo miłego spotkania z, jadącą w przeciwnym kierunku, grupą litewskich motocyklistów. Litewska grupa odjechała i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Było już całkiem ciemno, kiedy dojechaliśmy do Câmpulung Moldovenesc, a stamtąd wydawało się już całkiem blisko do Nowego Sołońca. W zupełnych ciemnościach błądziliśmy po drogach, z których każda, po przejechaniu kilku kilometrów kończyła się ślepo. Tylko dzięki pomocy przypadkowo spotkanej kobiety udało nam się w końcu dotrzeć do Domu Polskiego na zasłużony odpoczynek. Podczas śniadania spotkaliśmy się z Panem Ignacym, opiekującym się Domem Polskim i jemu też przekazaliśmy przywiezione książki. Pan Ignacy zdążył nam jeszcze na pożegnanie odśpiewać kilka zabawnych, starych, polskich piosenek

i pojechaliśmy dalej, mając bardzo napięty plan dnia. Zaczęliśmy od przejazdu między polskimi wsiami, piękną drogą w terenie, wśród górek, pagórków i masy błota. Tak dojechaliśmy do Gury Humorului, gdzie zaczynaliśmy objazd najpiękniejszych na Bukowinie monastyrów.

Następnie zaczęliśmy poszukiwania drogi w kierunku Gór Ceahlău, a dokładniej w kierunku najpiękniejszego wąwozu skalnego w Karpatach Wschodnich - Bicaz. I rzeczywiście były to poszukiwania, ponieważ wbrew dobrym radom tubylców postanowiliśmy odkryć nową drogę, bądź, inaczej rzecz ujmując, pojechać drogą, której od dawna nie ma. Najpierw kilka odcinków korytem dość spokojnej rzeki, w międzyczasie klika odcinków niebezpiecznie osuwającą się do rzeki skarpą, gdzie auta ślizgały się trawersem, a my liczyliśmy tylko na to, że wyjeżdżona koleina je utrzyma i na koniec stromym kamienistym zjazdem do wody. Kiedy po raz kolejny wyjechaliśmy z rzeki okazało się, że niestety na drogę kończącą się osuwiskiem wymytym przez wodę, a w dole koryto rzeki, które już nie było ani łagodne, ani płaskie, tylko diabelsko strome i kamieniste, a w dodatku opadające jakieś 5 metrów poniżej poziomu drogi. W tamtym miejscy zakończyliśmy to sprawdzanie, zawróciliśmy i udaliśmy się do wąwozu Bicaz i Czerwonego jeziora drogą wskazywaną nam wcześniej przez miejscowych.

Pasmo gór Ceahlău zwane popularnie Olimpem Mołdawii, wąwóz Bicaz i Czerwone jezioro zrobiły na nas niesłychane wprost wrażenie. Z wąwozu Bicaz wyjeżdżaliśmy z myślą o znalezieniu miejsca na miły spokojny piknik pod chmurką i oczywiście przygotowanie kociołka. Idealne miejsce znaleźliśmy bardzo szybko - miła łączka nad szumiącą w dole rzeczką. Była to jak zawsze świetna zabawa i miły odpoczynek, a poza tym sam kociołek też był pyszny. Po zwinięciu obozowiska wyjechaliśmy w stronę Transylwanii. Naszym celem była Sighişoara.

Powoli krajobraz ulegał zmianie. Pojawiały się niesłychanie uporządkowane i zadbane wsie zamieszkałe przez mówiących specyficzną węgierską gwarą Szeklerów. Wieczorem dotarliśmy do Sighişoary. Mieliśmy bajeczną wizję spędzenia nocy w samym centrum tego pięknego, niesłychanie klimatycznego średniowiecznego miasta. Wizja ta szybko została zweryfikowana, bowiem w całym mieście, a również na jego obrzeżach, nie było nawet jednego miejsca noclegowego. Noc zmuszeni byliśmy spędzić w samochodach na podmiejskim parkingu. Ranek powitaliśmy bardzo wcześnie, nie mogliśmy przecież nie zaliczyć porannego spaceru po starówce.

Następny dzień miał być ekspresowym objazdem po Transylwanii. Droga z Sighişoary do Braszowa usiana była bajecznie położonymi zamkami chłopskimi i kościołami warownymi - Saschiz, Viscri, Rupea, Homorod. Braszów przywitał nas drobnym deszczem, ale w miarę zwiedzania deszcz ustawał. Trudno było nie poczuć się tam jak w domu, nie bez kozery bowiem nazywa się Braszów rumuńskim Krakowem. Podobny klimat, nawet zabudowa rynku, z tamtejszymi sukiennicami, jakby znajoma. W odróżnieniu od Maramuresz, czy Bukowiny Braszów jest naprawdę europejskim miastem, nowoczesnym, tętniącym życiem.

Ponieważ do końca wyprawy zostały tylko dwa dni, szybko musieliśmy opuścić Braszów. Stamtąd, przez Sinaia, udaliśmy się do Curtea de Argeş z zamiarem przejechania szosą transfogarską. Nieprzypadkowo przez Sinaia, zwane Perłą Karpat, bowiem tu właśnie Hohenzollernowie ulokowali swój bajeczny zamek Peleş z całym kompleksem zabudowań towarzyszących: m.in. pałac Pelişor. Naładowani pozytywną energią ruszyliśmy do Curtea de Argeş. Dzisiaj to małe miasteczko, niegdyś stolica Wołoszczyzny. Obecnie to punkt startowy w drodze na szosę transfogarską. Przejazd nią okazał się jednak niemożliwy ze względu na warunki panujące w najwyższych partiach tej trasy (ponad 2000m n.p.m.) - trasa jest zamknięta a w sporej jej części leżą potężne zaspy śnieżne.

Ostatni dzień podróży to była naprawdę wyczerpująca droga przez Sibiu
(z szybkim zwiedzaniem tego urokliwego miasta); Alba Julię, Kluż i Oradeę oglądaliśmy już tylko z okien samochodów. Do Sibiu dojechaliśmy z Râmnicu Vâlcea piękną, widokową trasą Przełomu Czerwonej Wieży, z pięknymi monastyrami (Cozia), górskimi rzekami i jeziorami. Przy trasie tej można ponadto kupić pyszne górskie sery.

Podróż dobiegła końca około godziny 2.00 w nocy. Wrażeń wystarczy na długie miesiące.

Copyright ExtremEvents.pl

made by Indexo